Niezwykłe piękno brzydkich rzeczy

             

            Czy brzydota może być piękna? Czy Saturn pożerający swoje dzieci może mieć w sobie coś epickiego? Francisco Goya zdawał się lubować we wszelkiego rodzaju okropieństwach.  W swoich obrazach kontemplował brzydotę, brud człowieczeństwa, mroki ludzkich pragnień. Sylwetkę wielkiego hiszpańskiego malarza przypomina teraz w nowowydanej książce „Saturn” młody polski pisarz, Jacek Dehnel. Inspiracją miała być seria ponurych „Czarnych obrazów”, namalowanych na ścianach dawnego wiejskiego domu rodziny Goya oraz niedawne odkrycie, że ich autorem prawdopodobnie nie był wielki Francisco, ale jego nieznany syn Javier. Autor nie prezentuje więc kolejnej biografii, ale apokryficzną wariację na temat inspiracji i pasji mistrza oraz jego życia rodzinnego, jego trudnej i skomplikowanej relacji z synem i wnukiem.

                W „Saturnie” mamy okazję dokładnie poznać malarstwo według Goi. Autor transponuje każdy z trzynastu Czarnych Obrazów opisując go szczegółowo (niestety musi to rekompensować kiepską jakość zamieszczonych przez wydawcę reprodukcji), niejako tłumacząc z języka malarstwa na język literatury, i uzupełnia je o interpretacje i refleksje. Maluje też wyrazisty i działający na wyobraźnię portret artysty i jego warsztatu: gnających go inspiracji i pragnień, długich godzin spędzonych na cyzelowaniu, narastającego w pracowni bałaganu, dłoni i ubrań uwalanych farbami.  Nie jest to jednak książka o samym malarstwie, chociaż rzeczywiście jest ono ważnym uczestnikiem akcji. To także burząca złudzenia wizja twórczej siły, przerażającego wręcz w swej witalności geniuszu, który zarazem inspiruje (wnuka) i miażdży (syna).  W końcu to przede wszystkim opowieść o niezwykle trudnych relacjach między trzema pokoleniami mężczyzn, którzy nie potrafią mówić o emocjach.  „Saturn” opowiada o ludziach, którzy ranią się nawzajem, latami budując nienawiść i urazy na niedopowiedzeniach, a chociaż idą przez życie innymi ścieżkami i inaczej wyrażają uczucia, w głębi trawi ich tak samo żywy ogień.

                Bohaterowie opowieści Dehnela są tak naprawdę dość odrażający. Goya wyłania się z tej powieści jako człowiek starzejący się i głuchy, z jednej strony lubieżny a z drugiej poszukujący wrażeń i rodzinnej sielanki. Idylli, którą jego jedyny syn rozumiał zupełne inaczej. Javier całe życie borykał się z kompleksem wielkiego ojca, miotając się między nienawiścią do niego i do swojego własnego życia, chociaż, jak pokazują obrazy z Domu Głuchego, koniec końców nie był od niego tak fundamentalnie różny. Otyły i lżący wszystko co popadnie ojciec, rozlazły i sfrustrowany syn, próżny i interesowny wnuk uosabiają najokropniejsze, ale i tak bardzo ludzkie cechy. Każdy z nich w swojej narracji lubuje się w opisywaniu swoich frustracji i niskich pobudek oraz groteskowości i ekscesów wśród których żyją. Zatem: czy możliwe jest odnalezienie piękna w makabrycznym świecie Goyów? Jacek Dehnel pokazuje, że na pewno można o nim pięknie pisać. 

                 Narracja prowadzona jest symultanicznie z trzech perspektyw, jako że każdy z trzech bohaterów ma swoją kolej, by wyrazić opinię na temat, tego co zaszło. Dzięki temu nie tylko można poznać ich lepiej, ale także zdać sobie sprawę jak różni i podobni są do siebie i jak grube mury niezrozumienia otaczały ich całe życie. A wszystko opowiedziane jest piękną, plastyczną polszczyzną wykorzystująca rzadko już używane a zaskakująco obrazowe określenia, które pozwalają na nowo zakochać się w naszym rewelacyjnie dosadnym i temperamentnym języku.  Jacek Dehnel bowiem tak samo sprawnie posługuje się metaforami przy opisie obrazów delikatnego młodzieńca jak rubasznymi wulgaryzmami w wypowiedziach starzejącego się satyra.

                Czytanie tej książki jest naprawdę przedziwnym doświadczeniem, zważywszy ogromną przyjemność z jaką pochłania się kolejne strony tej, w sumie dość makabrycznej, opowieści. I to chyba stanowi o największym sukcesie autora, który przeniósł malarstwo Goi na papier nie tylko opisując jego obrazy, ale przede wszystkim pisząc tak, jak on malował: z jednej strony pięknie i poruszająco, a z drugiej strony niemalże lubując się w tym, co najbardziej plugawe, ale przecież tak bardzo ludzkie.  

„Angielski pacjent”, czyli o tym, czego w filmie nie było.

          

                „Angielski pacjent” jest chyba jedną z popularniejszych lektur w ostatnich latach, wspominaną zwykle w kontekście  niemiłosiernie melodramatycznego filmu z 1996 roku. Wiele jest też osób, które, tak jak ja, zadowoliły się obejrzeniem filmu  i stwierdziły, że na książkowy oryginał nie warto poświęcać czasu. Warto jednak w tym przypadku przyznać się do błędu: powieść Kanadyjczyka Michaela Ondaatje naprawdę trzeba przeczytać. Bowiem wbrew temu, czego można spodziewać się po znanej, oscarowej ekranizacji Anthony’ego Minghelli, nie jest to łzawa historia o nieszczęśliwej miłości, ale pięknie napisana opowieść o poszukiwaniu tożsamości. Autor przedstawia w niej historie czwórki ludzi różnych narodowości, noszących w sobie piętno drugiej wojny światowej. Spotykają się oni w zdewastowanej, zaminowanej włoskiej willi, gdzie spędzają czas niejako wyjęci z powojennej rzeczywistości, skupieni na sobie i własnych wspomnieniach, leczący psychiczne i fizyczne rany, każdy na swój sposób. Młoda Kanadyjka Hana straciła na wojnie ojca i zatraciła poczucie tożsamości oddając się kompletnie opiece nad rannymi. Caravaggio, Kanadyjczyk o włoskich korzeniach topi ból i upokorzenie w morfinie, usiłując zapomnieć o traumie niemieckich przesłuchań. Indyjski saper Kip  szuka zaś równowagi pomiędzy patriotyzmem a lojalnością wobec pamięci angielskich przyjaciół. A wszyscy oni połączeni są z tajemnicą leżącego w jednym z pokoi umierającego, spalonego człowieka, w którym Hana widzi angielskiego romantycznego bohatera, a który może okazać się wojennym zdrajcą.

               Miłość jest oczywiście ważnym elementem tego odnajdywania siebie w nowej rzeczywistości, przybiera ona jednak bardzo różne i zniuansowane formy, tak jak i inne emocje pokiereszowanych przez życie bohaterów. Ondaatje po mistrzowsku prezentuje różne oblicza smutku, bólu, przyjaźni i lojalności sprawiając, że czytelnik może nie tylko zrozumieć rozterki postaci i śledzić ich wewnętrzną ewolucję w czasie wojny i pokoju, ale także odnaleźć wspólny mianownik z własnymi emocjami, pomimo diametralnie różnych doświadczeń. Bardzo ważną rolę odgrywa tu zwłaszcza problem poszukiwania tożsamości, często występujący w twórczości kanadyjskich pisarzy. Cała czwórka na nowo definiuje bowiem swoje „ja” i jego miejsce w rodzinie, narodzie i kulturze. W kontekście nowego, powojennego porządku i upadku ideologii kolonialnej problem przynależności staje się wyjątkowo wyraźny i frapujący.

                Ogromną zasługą autora „Angielskiego pacjenta” jest to, że opisując tragiczne w sumie historie swoich bohaterów nie popada w sentymentalizm i melancholię. Cierpienie jest dla niego elementem życia, stanem który mija, początkiem nowej historii który odciska na niej ślad, ale nie przekreśla szans. Zamiast koncentrować się na rozpaczy, Ondaatje pokazuje więc proces wychodzenia z niej lub godzenia się z nią. Robi to za pomocą ciekawych zabiegów formalnych, które również stanowią o wartości tej pozycji. Retrospekcje bohaterów toczą się wartko, a mieszanie perspektyw czasowych pozwala na pokazanie dynamiki postaci. Narrator nie tylko relacjonuje wydarzenia, ale także okrasza je zaskakująco trafnymi opisami wewnętrznych reakcji i obrazowymi analogiami i co najważniejsze, nadaje im wymiar niemal poetycki. Książka napisana jest przepięknym, pełnym metafor językiem (Ondaatje zaczynał zresztą od pisania poezji), który przenosi czytelnika w niepokojąco niepewny świat pamięci, na pograniczu snu i rozmazanego wspomnienia. Świat stworzony ze słów, zapisany w książkach, obrazach pustyni i zapachu prochu, z którego trudno jest powrócić do rzeczywistości, ale i czytelnik i bohaterowie pracują, by się z tego pozornie błogiego oniryzmu wydostać. Naprawdę rzadko zdarza się, żeby tekst o magii słów sam taką magię posiadał, tym większa jest więc przyjemność z obcowania z książką Michaela Ondaatje.  

               Podsumowując, trzeba koniecznie podkreślić że „Angielski pacjent” jest powieścią niezwykle ciekawą i wciągającą, ale niekoniecznie łatwą, porusza bowiem znacznie poważniejsze kwestie niż zwykłe „czytadła”. Jej lektura jest prawdziwą przyjemnością zarówno pod względem estetycznym, dzięki wirtuozerii językowej, jak i intelektualnym, ze względu  na to, że z wyjątkową lekkością skłania do głębszej refleksji.